Nad bydgoskim bajorem w kwietniu.

Tego roku, tak jak zawsze pojechałem z rodziną do Bydgoszczy na Święta Wielkanocne. Wiosenne, kwietniowe powietrze pachniało kwiatami owocowych drzewek, a wilgotna gleba rodzącym się życiem. Nad brzegiem stawu przy trzcinach często można było dostrzec małe skupiska skrzeku, a w koronach drzew usłyszeć wiosenne śpiewy godowe np. sikorek, kosów i rudzików. Z balkonu babci widać było gniazdo łabędzi, w którym samica wysiadywała jaja. Na tafli bajora pływały kokoszki wodne, łyski i perkozki często z gałązkami w dziobach, które służyły im jako surowiec na budowę gniazd. To naprawdę niesamowite doświadczenie obserwować rodzące się życie na wiosnę. Będąc u dziadków w Bydgoszczy podczas strajku nauczycieli nie próżnowałem. Codziennie rano wstawałem o 5.10 i wychodziłem z aparatem na tak zwane bezkrwawe łowy. Zaczajałem się w zbudowanej dzień wcześniej czatowni z gałęzi i chrustu i czekałem na jakiś warty uwagi okaz. W ten sposób udało mi się uchwycić dzięcioła dużego szukającego pędraków w wystającym z wody suchym konarze. Dosłownie nad moją czatownią  przeleciał żuraw pokrzykując swoim ochrypłym głosem. Po godzinie znudziło mi się leżenie pod gałęziami na trawie, więc poszedłem dalej. Po drodze zastałem piecuszka siedzącego na jednej z gałęzi klonu. Następnego dnia na nogach już byłem o 5.00, by mieć czas na dojście i ukrycie się w jakichś chaszczach. Właśnie wtedy dostrzegłem, że w trzcinach nieopodal ma gniazdo parka  błotniaków stawowych. Bardzo mnie to ucieszyło, choć jednocześnie zasmuciło. Świetnie, że poszerza się liczba gatunków ptaków nad tym użytkiem ekologicznym. Z drugiej strony faktem jest to, że błotniaki są drapieżnikami, więc z łatwością mogą upolować sobie łabędziego pisklaczka, które zapewne niedługo się wyklują. Godzinę później uświadomiłem sobie, że na tym właśnie polega ekosystem, i że nie ma co się zamartwiać. Część pisklaków przeżyje, a część nie, taka jest natura. To właśnie wtedy, gdy nad tym się zastanawiałem samica błotniaka stawowego siadła na jednym z kikutów wystających z wody. Szybko się podkradłem schylając się, żeby mnie tak łatwo nie zobaczył i zza drzewa strzelałem mu fotki. Niestety było tylko 7 stopni C, a ja nie miałem rękawiczek, przez co trzymając aparat fotograficzny ręce mi strasznie drżały. Nie umiałem dobrze wycelować celownikiem w jeden punkt, którym był  błotniak. Musiałem dodatkowo usiąść, by postawić aparat na kolanie. Kilka zdjęć udało mi się zrobić, choć nie były to idealne zdjęcia. Wróciłem do domu po drodze jeszcze uchwyciwszy kosa. Następnego dnia pozwoliłem sobie pospać w łóżku dwie godziny dłużej. O 7.00 wyszedłem z domu, tym razem do lasu poszukać leśnych ptaków. Krążyłem między drzewami nic nie znajdując, aż w końcu zniechęcony dalszym szukaniem zacząłem kierować się ku domowi. Wtem z małej szkółki leśnej na ścieżkę wyszła locha z warchlakami (locha to samica dzika, a warchlaki to młode dziki.) Stanąłem jak wryty. Serce mi łopotało, jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi. Wielka locha stała i patrzyła mi  w oczy. Powolnym ruchem ukucnąłem i zacząłem robić zdjęcia. Jednak, gdy znów podniosłem się na nogi wielki bydlak zaczął biec w moją stronę. Cały spocony z nerwów uciekałem przed siebie. Słyszałem za plecami fukanie i prychanie rozdrażnionej lochy. Szybkim ruchem skręciłem w głąb lasu, a dzik pobiegł prosto ścieżką. Ponieważ dziki mają prosty twardy kręgosłup bardzo trudno jest im manewrować ciałem i gwałtownie skręcać. Uciekanie zygzakiem to najlepszy sposób na ucieczkę przed goniącym cię dzikiem. Stojąc za drzewem i dysząc przypomniałem sobie, że wiosną lochy, gdy mają pod opieką własne dzieci są nerwowe i bardzo czujne, dlatego trzeba na nie uważać. To było moje pierwsze spotkanie z dzikiem w lesie sam na sam. Szczerze mówiąc nie byłem w ogóle przygotowany na to. Wróciłem do domu i poczytałem trochę na ten temat. Jeszcze po południu poszedłem w to samo miejsce w lesie już z większą wiedzą. Szedłem powoli wzdłuż szkółki leśnej z małymi sosenkami i czujnie analizowałem każdy szelest. Byłem tak wrażliwy na każdy dźwięk, że robiły na mnie ogromne wrażenie nawet rozrzucane przez kosa liście w trakcie poszukiwania pokarmu. Kilka metrów dalej usłyszałem miarowe popiskiwanie wśród małych sosenek. Z myślą że to jakiś mały ptaszek podszedłem troszkę bliżej. Już z metra dostrzegłem małe żółte ryjki warchlaków wyłaniające się zza kępki trawy. Serce zaczęło mi łopotać. Odsunąłem się i położyłem na ziemi. Warchlaki jeden za drugim zaczęły wychodzić ze szkółki leśnej. Cała gromada zeszła w dół skarpy, w stronę bagna z dużą ilością gęstych krzewów. Wlazły w błoto i zaczęły się w nim wylegiwać. Był jeden problem, nie było lochy. W razie gdyby wyszła z krzaków odsunąłem się parę metrów dalej. I rzeczywiście wyszła. Wystawiła łeb spojrzała na mnie, fuknęła raz i schowała się ponownie w krzaki. Uznałem, że nie będę tych dzików już nękał i sobie pójdę. Po tych emocjonujących przeżyciach, kolejne cztery dni w Bydgoszczy poświęciłem fotografowaniu mniejszych stworzeń.

Samica krzyżówki

Samiec krzyżówki

Dzięcioł duży

 

Locha z warchlakami

 

Warchlaki

 

 

Lądujący na wodzie łabędź niemy

Kwiczoł siedzący w trzcinach

Kowalik przy własnej dziupli

 

Samica kosa

Żuraw

Dzięcioł duży

 

 

Piecuszek

Błotniak stawowy (samica)

 

 

 

 

 

Samica krzyżówki siedząca na gałęzi.

Kowalik

 

Strzyżyk

 

5 thoughts on “Nad bydgoskim bajorem w kwietniu.

  • Mówi się, że zwykle nie trzeba się bać dzików, ale czasem, gdy są z młodymi, faktycznie mogą zaatakować. Miałeś w tym sporego pecha, szczęście, że nic Ci się nie stało… Poza tym bardzo fajne obserwacje i zdjęcia, czuć wiosenny klimat. Oby taki pozostał jak najdłużej :).

    • Dziki to niesamowite zwierzęta. Szkoda, że mieszkam w mieście odcięty od pasów zieleni, tak to bym je śledził cały czas. Super, że podobają ci się moje wpisy. Pozdrawiam Piotrek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *